- Zamykanie polskich kopalń niczego nie zmniejszy w emisjach z energetyki, bo ona jest, jaka jest, czyli wybudowana została dla surowca, jakim jest węgiel. I będzie spalała węgiel z importu - powiedział w porannej audycji Radia Piekary w czwartek, 7 lutego, Jerzy Markowski, ekspert górniczy, były wiceminister przemysłu.

Prowadzący Marcin Zasada dopytywał o ocenę głośnej zapowiedzi Roberta Biedronia - lidera nowej partii Wiosna, który chce zlikwidować kopalnie węgla kamiennego w Polsce. - Czy to pierwszy odważny, który powiedział, co trzeba zrobić z górnictwem? - pytał Zasada. Markowski stanowczo sprostował: - Biedroń nie powiedział, co trzeba zrobić z górnictwem! Powiedział, że trzeba je zlikwidować. Inni to już robili. Rząd premiera Buzka zamknął 24 kopalnie - przypomniał, dodając, że bilans obecnych rządów to dotąd dwie koplnie i być może zanosi się na kolejne. - Górnictwo samo się redukuje i w przedziale do 2035 r. prawdopodobnie zostanie jakieś cztery-pięć kopalń. Poza Bogdanką właściwie wszystkie na Śląsku - podkreślił Jerzy Markowski. - Najważniejsze jest to, że nie zmieni się model polskiej elektroenergetyki. Zamykanie polskich kopalń niczego nie zmniejszy w emisjach z energetyki, bo jest, jaka jest, czyli wybudowana została dla surowca, jakim jest węgiel. I będzie spalała węgiel z importu.

Na pytanie, czy sam pomysł zlikwidowanie kopalń do 2035 r. jest wykonalny "w jakimkolwiek stopniu", Jerzy Markowski odparł, że gdyby Biedroń został premierem i postanowił zamykać kopalnie, to może mu się to udać. - Tylko musi mieć świadomość, że wtedy otworzy Polskę na rynek węgla importowanego - zaznczył po raz kolejny Markowski. - Niczego nie zmieni w ekologii, tylko pogrąży Śląsk - dodał. Perspektywy polskiego górnictwa węgla kamiennego gość Radia Piekary oszacował na około 30-40 lat. - Czy to aż tak wielka różnica w porównaniu do 16 lat planowanych przez Biedronia? - dociekał Marcin Zasada. Markowski uściślił, że swoje prognozy wysnuwa na podstawie obserwacji przemian technologicznych w światowej energetyce. - Natomiast pan Biedroń na podstawie decyzji politycznych - mówił Jerzy Markowski i wezwał do uczciwego namysłu. - Dlaczego wszyscy uparli się, że to kopalnie winne są wszystkiemu (co związane z zanieczyszczeniem powietrza - przyp. red.)? W kopalni nie ma przecież ani jednego komina! - zwrócił uwagę ekspert i dorzucił żartobliwie: - W kopalni najbardziej śmierdzi w Badehauzie (łaźni - przyp. red.)! Dopytywany z kolei o szacunki nagłośnione przez prezydenta Andrzeja Dude, który mówił, że Polska ma węgla na 200 lat, Markowski tłumaczył, że prezydentowi chodziło o polskie zasoby geologiczne, które wynoszą w Europie ok. trzystu lat w przypadku węgla. - To nie znaczy, że zasoby te będą wydobywane. Europa stanęła wobec alternatywy energetycznej, która w każdnym kraju znaczy co innego - mówił Jerzy Markowski, podając przykłady Niemiec (z energetyką odnawialną i jądrową przeznaczoną do likwidacji) czy Francji (z rozwijaną energetyką jądrową).

W drugiej części audycji Jerzy Markowski dowodził, że wbrew pozorom Polska realnie odchodzi od węgla: trzydzieści lat temu wydobywała 200 mln t węgla, a dzisiaj 60 mln t; w polskim górnictwie pracowało 430 tys. osób, a dzisiaj 80 tys.; eksport wynosił 40 mln t, a dzisiaj 3-4 mln t (przy imporcie aż 18 mln t). Polski dylemat polega na tym, że świadomie czy nieświadomie odchodzimy od węgla, tylko nie tworzymy alternatywy - podsumował gość Radia Piekary. Przypomniał, że zrezygnowaliśmy w przeszłości z budowy elektrowni jądrowej (która w 60 proc. była już zaawansowana w Żarnowcu). Poziom udziału OZE zwiększył się tylko o 7 proc. Gaz łupkowy okazał się "nietrafionym pomysłem", a energetyka gazowa mogłaby być perspektywiczna, ale nie musi mieć wcale efektu ekologicznego i powstaje na bazie gazu z importu, mamy przy tym właściwie tylko jedną elektrownię gazową w kraju. 98 proc. energii wytwarzana jest z węgli kamiennego i brunatnego (w drugim przypadku za 20 lat kopalnie "zamkną się same" z powodu nieudostępniania nowych złóż). - Wszyscy tak bardzo cieszą się, że będzie... ciemno i zimno - ironizował Jerzy Markowski. Na uwagę dziennikarza, jakoby na górnictwo wydano w Polsce przez kilkadziesiąt lat aż 2 bln zł, za które mogłoby powstać "perpetuum mobile", obruszył się, że kalkulacja tej kwoty mieści się w jednej kategorii z wypowiedziami Roberta Biedronia, przypomina szacowanie, jakoby ponad 40 tys. Polaków umierało rocznie z powodu emisji z węgla. Jest to słynna Tischnerowska "trzecia prawda", ale pozostaje "chwytliwa, łatwa, powtarzana". Markowski przyznał, że ludzie rzeczywiście umierają z powodu zanieczyszczeń, ich przyczyny to nie tylko węgiel, również np. transport i komunikacja. Nawet, jeśli wszyscy zamienimy samochody na elektryczne, to przecież prąd elektryczny trzeba będzie z czegoś produkować. Ile prawdy jest w ostrzeżeniach Biedronia, że Polsce grożą wielomiliardowe kary pieniężne za emisje dwutlenku węgla po 2020 r.? - Jakna razie wyprzadzamy kalendarz nałożony przez UE pod względem emisji dwutlenku węgla - podkreślił.

Sceptycznie ocenił oficjalne zapowiedzi o tym, że trwa proces budowy nowych kopalń węgla w Polsce. Zwracał uwagę, że proces budowy realnie trwa ok. 20 lat, a doliczając proces koncesyjny, nowa kopalnia może pojawić się za ok. trzydziestu lat. Dodał, że można też posłużyć się trikiem i nadać nową nazwę istniejącej części kopalni. Zdaniem Markowskiego w 2035 r. w zmienionym miksie energetycznym Polska będzie korzystała w ok. 50 proc. z węgla. Ma on nadzieję, na budowę elektrowni jądrowej, ale będzie ona powstawać ok. 20 lat i kosztować ok. 50 mld zł, "czyli tyle, ile 10 elektrowni węglowych".

Dziennikarz podał Niemcy za przykład dynamicznego przyrostu OZE (przy podobnych do naszych warunkach klimatycznych), na co Markowski zaapelował o pogłębiony szacunek ekonomiczny. W polskim klimacie - mówił - "efektywnych dla fotowoltaiki jest ok. 8 proc. dni w roku, dla wiatrowej ok. 15 proc. dni", a wreszcie każdy przyrost OZE wymaga zabezpieczenia przez energię konwencjonalną. Markowski stwierdził, że OZE po prostu trzeba rozwijać, zostawiając to procesowi ekonomicznemu, a nie deklaracjom politycznym. - Deklaracje poliytczne szkodzą myśleniu ekonomicznemu, a co najgorsze znów eksponują obraz Śląska winnego katastrofom, nieszczęściom, chorobom. Włącznie z tą, powtórzę, fatalną też, że 40 tys. Polaków umiera wyłącznie dlatego, że górnicy uparli się kopać węgiel... Dobrze, przestaniemy. I co wtedy? - pytał Jerzy Markowski. Nie zgodził się z sugestią, jakoby wystąpienie Roberta Biedronia zmuszało do poważnej refleksji o kształcie polskiej energetyki. Rząd opublikował PEP (politykę energetyczną państwa) do 2040 r., a teza tego dokumentu jest identyczna: zmiana miksu energetycznego. - Czy wsłuchując się w Biedronia, górnictwo nie test jednak większym obciążeniem niż atutem Śląska? - pytał Marcin Zasada. - Nie on pierwszy tak powiedział. Ale węgla na Śląsku nie wydobywa się dlatego, że górnicy tak chcą, a Ślązacy tak lubią. Węgiel na Śląsku wydobywa się dlatego, że Polska nie ma innej alternatywy - przypomniał Jerzy Markowski. Nakłaniany przez dziennikarza do bilansu zysków i strat zgodził się, że na minus trzeba zapisać szkody górnicze i wypadkowość w górnictwie, natomiast stanowczo wyłączył z katalogu smog. - Dwadzieścia lat temu Polska była największym w Europie emitentem siarki. Dziś jesteśmy pod tym względem poniżej najniższych norm emisji siarki. Bo zabrali się toinżynierowie, a nie politycy. To samo da się zrobić z emisją dwutlenku węgla, świat sobie z tym radzi technologicznie. Żeby było śmieszniej, wydobycie węgla na świecie rośnie! Nie namiawiam do tego. Namawiam tylko, by powstawała alternatywa, która pozwoli od węgla odejść. Jak na razie takiej alternatywy nie ma, a najgorsze, że poza zamykaniem kopalń, żaden polityki nie oferuje niczego - mówił Markowski. Stwierdził, że w 2035 r. (w dacie Biedronia) z 80 tys. górników pozostanie w Polsce 15-20 tys. Dokąd pójdą pracować górnicy bez kopalń? - Praca w specjalnych strefach ekonomicznym to nie jest oferta dla nich. Miejsca pracy przy OZE, jeśli powstaną, to nie na Śląsku. Po drugie górnik na takie miejsca pracy wcale nie czeka, bo doprowadziliśmy do sytuacji, w której najbardziej marzy mu się praca w likwidowanej kopalni. Przechodzę wcześniej na emeryturę i jeszcze mi płacą. Markowski ocenił, że ubytek połowy miliona miejsc pracy na Śląsku (wyliczenie wraz z pośrednio zależnymi od górnictwa miejscami pracy - przyp. red.) nie musi doprowadzić do katastrofy społecznej, ale na pewno oznacza katastrofę energetyczną.

Źródło: cire.pl